Jesteśmy egoistami.

Poznajcie „Mario”.

Mario jest prostym chłopakiem z niezbyt bogatej rodziny. Ksywa Mario nie ma zbyt skomplikowanej historii – na imię mu Mariusz. Nigdy nie był osobą, która była wszędzie i robiła nie wiadomo co. Ot, zwyczajny szaraczek, bez wielkich planów na przyszłość. Jak sądził też przez wiele lat – kompletnie bez perspektyw.  Wszak, jak tu się wyrwać z takiego bagna, które przygotowało dla niego życie.

Mariuszowi kiedyś się poszczęściło. Pili ze swoim kumplem (jednym z niewielu) Krajową pod colę w ciepłej piwnicy. Na zewnątrz mróz, aż w uszy szczypie, więc owa piwnica ratuje dupsko, bo kasy nie ma by wyjść gdzieś na miasto. Poznaje tam Szymona, który jest bramkarzem. Szymon robi na selekcji w gdańskim Absyncie. Zaproponował mu załatwienie roboty za barem, bo dobrze mu z oczu patrzy. Mario bez mrugnięcia okiem ją przyjął, mimo, że nic o tym nie wiedział.

… I tak mija już drugi rok pracy na weekendy na gdańskim centrum chujozy. Chłop już nie tak zapuszczony, zarobił swoje i postawił się na nogi. Swoje także przeżył i na tym ludzkim szambie zjadł sobie zęby. Zdawałoby się na pierwszy rzut oka, że spoko fucha. Duży pieniążek, szczególnie gdy trafi na obcokrajowca. Można się czasem poczuć jak bóstwo. Każdy chce zagadać, często panienki, co może potem okazać się bardzo miłe w skutkach. Każdy chciałby się pochwalić, że zna typka na barze przed swoją klubową zdobyczą.

Ale Mario po czasie już wiedział, że to wszystko ściema. Praca za barem nie jest wcale taka wspaniała jakby się zdawało. Obcokrajowcy to luksus. Większość panienek to desperatki z problemami bez powodzenia w klubie, lub ofiary zakładów ze swoimi równie płytkimi kumpelami, że go wyrwie. A koleś, który Cię zna, po tym jak szybko dostanie alkohol niewdzięcznie spierdala za łanią w podskoku nawet nie kiwnąc głową w podziękowaniu – nie wspominając o zlewaniu po spotkaniu na imprezie…. Ludzkie sambo. Widział za dużo. Czasami wydaje mu się, że może wszystko, bo żaden schemat już go nie zaskakuje. I mimo, że ma już tego wszystkiego serdecznie dość, nakłada pokerową twarz każdego wieczoru, bo może wpadnie jakiś napiwek.

Jest piątek, lokal pęka w szwach. Godzina już późna, do wejścia ustawia się kolejka, która z pewnością poczeka nie mniej niż godzinkę na wejście na imprezę. Ania, długonoga blondynka wpada tutaj ze swoimi kumpelami z Medyka. Odjebane tak, że wstydziłby się matce kiedykolwiek pokazać w tak zdzirowatej kreacji. Błyszczące szpile, mini na pół dupy i topik z którego wręcz wylewają się piersi miseczki D z pomocą stanika super push-up. W klubie jakieś łupanki nie w jej stylu więc rozgląda się po parkiecie, oceniając co ten może mu zaoferować. Jeden jest. Biała marynarka, nawet z bordową butonierką wetkniętą lekko niechlujnie w jej kieszonce. Buty się świecą jak psu jajca i całkiem spoko się rusza, skubany. On też ją widzi, po chwili wodzi za nią wzrokiem. Idzie do niej.

Mario obserwuje ich z boku. Zna zarówno ją i jego. On – na co dzień w dresie, odwiedza klub w tygodniu jedynie po najtańszy browar do 18. Jego jestestwo w piątkowy wieczór całkowicie się przeistacza w niewiarygodnego amanta. Zbroję z miękkiej bawełny zamienia ubiór w kant wcale nie przypadkiem. Jest dobrym graczem, rzadko wychodzi sam. Ona natomiast – bywa tutaj rzadziej niż on. „Dupeczka może z niej dobra, ale nie lubi się bawić w selekcje kolesi. Chapie każde mięso, jak po 40 dniach postu.” – myśli Mariusz. Może przebierać w facetach, ale zazwyczaj wita do klubu w stanie, w którym w sumie jej już wszystko jedno. Można poznać po tym jak się ubrała, jakie plany ma na dzisiejszy wieczór.

Mario wie, że to się nie skończy dobrze, zna reputację Krzysia (bo tak mu na imię). Ale co on może. On tutaj tylko polewa tej najebanej bandzie. Ma tylko nadzieje, że Ania sama przejrzy na oczy. Z agresorami nie ma żartów.

Mariusz wszystko dobrze przewidział. Nie skończyło się dobrze.

Obudziła się w domu z poczuciem wstydu, podbitym okiem i brakiem większości wspomnień. Dodatkowo z brakiem połowy wypłaty, bo wspaniałomyślnie zaczęła mu kupować alkohol w drodze powrotnej. Dotarli do Niej, bo tłumaczył się, że do niego to nie po drodze i strasznie daleko. Wkurwiający sąsiedzi, mało miejsca, nieposprzątane… W sumie to Ania nie pamięta co jej tam wymyślił, ale kogo to obchodzi. Tak czy inaczej dała się na to nabrać jak na sztuczki Copperfielda.

Odjebała mu szajba. Gdy ją rozebrał, zobaczyła zwierzę. I to nie takie zwierzę, które potrafi sprowadzić podniecenie od palców nóg do czubka głowy. Zwierzę ogarnięte szaleństwem. Czuła się jak worek. Gdy mówiła, żeby zwolnił bił ją z całej siły otwartą ręką po twarzy. Z perspektywy czasu stwierdza – dobrze, że otwartą. Gdy krzyczała z bólu zagłuszał ja poduszką lub dłonią. Brakowało jej od tego tlenu od tego, ale nie wyobrażała sobie, że możliwe było by zemdlała – każdy ruch był jak sztylet wbite w ciało z bólem rozchodzącym się z pomiędzy rozchylonych na siłę nóg. Trwało to tak chyba z godzinę, nic nie mogła zrobić. Była zbyt słaba.

Gdy zwijała się z bólu płacząc na krawędzi łóżka, Krzysiek wstał. Wstał, ubrał swoje spodnie na kant, skórzane buty, błękitną koszulę i białą marynarkę z bordo butonierką. Półprzytomna Ania nawet nie poczuła jak spada jej na skórę kawałek papieru. To paragon na single malta, który Krzysiek wyrzucił z kieszeni swej marynarki. Single mata, za którego kurwa sama zapłaciła, a który był jej gwoździem do trumny. Zobaczyła go dopiero budząc się po południu. Faceta nie zobaczyła już więcej w swoim życiu. Została jedynie zadra w psychice do końca życia i ten jebany paragon.

Gdyby tylko wiedziała… Gdyby tylko mogła spojrzeć na siebie z boku, podejść i opierdolić, prosząc o opamiętanie. Ale nie mogła – taka kolej rzeczy.


Krzysiu z opowieści wcale nie przypadkiem wyrwał się do klubu. Doskonale wiedział na co go stać i czego potrzebuje. Taka była jego strategia. Udało się to nie raz, uda i tym razem. Właśnie dzięki pozorom i nieświadomości wybranej łani  mógł udać mu się ten numer

Jak głosi każdemu znane przysłowie – mądry Polak po szkodzie. Ania będąca „wybranką”Krzysia w zasadzie nie mogła tego przewidzieć. Mimo to po wszystkim, gdy leżała naga, obolała, zbrukana w jej głowie kołatała się jedna natrętna myśl – GDYBYM TYLKO WIEDZIAŁA.

I tym zabiegiem zajebiście wielkiej hiperboli przechodzimy do sedna tego, co chciałbym dziś napisać.

Mamy zaskakująco niepokojącą tendencję do postrzegania siebie samych za pępek świata. Jedynie w sytuacjach kryzysowych, gdy los zesłał na nas całą możliwą gównoburzę jesteśmy w stanie zreflektować się, że istnieją inne perspektywy postrzegania niż nasza własna – nie zawsze za bardzo pozytywna. W większości przypadków, dopiero wtedy uświadamiamy sobie, że umiejętność wiedzy jak inna osoba myśli jest przydatna w życiu. Czy aby na pewno tylko wtedy?

Tworząc relacje i wchodząc w interakcje z ludźmi praktycznie nigdy nie napotykamy ludzi identycznych do tego, jakimi sami jesteśmy. Słusznym jest zatem założenie, że mogą mieć oni inne poglądy i inne podejście do niektórych spraw. To co wydaje nam się absolutnymi prawdami i oczywistościami dla innych wcale nie musi takie być. Inne doświadczenia, które sprawiają, że ich percepcja otaczającego świata jest odmienna od naszej – fakt że w niektórych przypadkach bywa ona po prostu zaburzona.

film-org-pl_american-psycho-na-granicy-gatunkow-na-granicy-jawy

dygresja:
A kto powiedział, że to nie my a oni są szaleńcami? A może widzą coś poza naszym zasięgiem? [chyba mam pomysł na następny wpis 🙂 ]

Będąc życiowym egoistą i uważając, że „moja racja jest najmojsza” psujemy sobie możliwości budowania zdrowych i pełnych relacji z innymi. W tym miejscu jest nam potrzebna odrobina empatii, czyli umiejętności odbioru i odczucia emocji innych. Wejście w skórę drugiej osoby i patrzenie z innej perspektywy może nas uświadomić znacząco o tym, jacy sami jesteśmy. Jak to co mówimy, to co robimy i jak się zachowujemy wpływa na nasze otoczenie, na naszych znajomych i bliskich. Można się w ten sposób wiele nauczyć także o samym sobie. Bez tej chwilowej refleksji możemy sobie nawet nie zdawać sprawy z tego, że nasze słowa lub czyny mogą ranić drugą osobę. A tego w zasadzie (no, chyba że jest perfidnym sadystą, który cieszy się gdy świat płonie) chyba nie lubi.

Mechanizm percepcji, o którym piszę to w zasadzie po prostu umiejętność. Jasne, wymaga od człowieka pewnej dozy wrażliwości, ale osobiście uważam, że nawet w największym skurwielu ona istnieje, tylko często zakopana pod 3-metrową warstwą gruzu, zebraną po życiu w patologicznej rodzinie, toksycznym towarzystwie, czy innych ciężkich przejściach życiowych

Jak każda umiejętność, także i ta może być szlifowana, by czerpać z niej jak najwięcej. Niektórzy z czymś takim się rodzą, a niektórzy nie – taka kolej rzeczy. dla niektórych wystarczą same chęci zmiany podejścia i uświadomienie sobie istnienia świata, który istnieje schowany gdzieś za zasłoną. Oczywiście nie wszystkim przyjdzie to z taką łatwością. Problemem mogą być nawet własne opory wewnętrzne przed jakąkolwiek zmianą – ot taki wewnętrzny buntownik. W pełni zrozumiałe. Dlatego też dla tych osób, o których właśnie pisałem mogę polecić i zachęcić do odwiedzenia tej strony. Trafiłem na nią szukając inspiracji do tego co tutaj naskrobałem. Moje przemyślenia to zupełnie inna para kaloszy – bynajmniej nie czuję się kompetentny by jakkolwiek radzić komuś w tych tematach.Facet z kolei naprawdę profesjonalnie podchodzi do tematu, a to co tam pisze to istny manual do tego, aby zmienić swoją perspektywę.

Tyle kwestią „rozwoju osobistego. Pamiętajmy tylko, że ziemia nie jest płaska tylko okrągła, a w związku z tym za horyzontem jest o wiele więcej niż nam się zdaje 😉

 

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Jesteśmy egoistami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s