Za czym tak biegniemy?

Michał ma 30 i kilka jeszcze lat. Od kiedy pamięta nie potrafi odpocząć, odsapnąć, usiąść i nic nie robić – nawet gdy nic go nie goni. Jest Zosią Samosią, prowadzi własną działalność, bo nie chce by nikt mu dyktował warunki. Do tego stopnia przyzwyczaił się do życia w biegu, że nie umie już z tej życiowej bieżni zeskoczyć.

Robi wszystko by być efektywnym – dwa laptopy, bo wtedy można załatwiać dwie rzeczy na raz. Gdzieś na stoliku w kącie idealnie poukładanego pokoju stoi zestawik do decoupage’u. Jeśli praca mu na to pozwala, to siada na chwilę sobie pokleić. Ale nigdy tylko do tego – byłoby to marnotrawstwo czasu. Przecież można w tym czasie włączyć sobie laptop z kolejną nudną lekcją angielskiego. Nudną, ale przecież się nie podda, skoro już się za to wziął. Jest ambitnym facetem, człowiekiem sukcesu. Dlatego też nawet w tych chwilach odpoczynku na widoku musi być ekran chociaż jednego laptopa z otwartym Outlookiem. Przecież zawsze ktoś może coś od niego chcieć. Posiłki je przy biurku. Przecież celebrowanie posiłków to skrajny debilizm i strata czasu.

Stara się nie żyć tylko i jedynie pracą i robić coś dla siebie. Ogląda filmy, ale jego rozproszona uwaga nie pozwala na oglądanie jedynie jego. Zwykle bierze do ręki swoje papierki i w manierze multitaskingu kultywuje jednocześnie swój umiłowany decoupage. Jedak czy to wszystko nie jest tak trochę na pół gwizdka? Ani nie wychwyci tyle z psychologicznego thrillera na ekranie (jego nieliczni znajomy twierdzili, że jest zajebisty), a i decoupage idzie jakoś do dupy. Michał daje sobie spokój z tym filmem, potrzebuje czegoś innego. W zasadzie ekstremalnie rzadko zdarza mu sie obejrzeć jeden film od początku do końca. Chciałby czasami usiąść do książki czy po prostu zrelaksować się i posłuchać muzyki ze swojego zajebistego kina domowego, z którego jest tak dumny. Nie potrafi jednak tego zrobić, mimo że czuje potrzebę. Nigdy się to nie udaje.

Wciąż chodzi nakręcony. Nawet jak pada na twarz, to w głowie ma myśli, że trzeba sprawdzić pocztę, telefon, upewnić się czy wszystko jest pozałatwiane tak jak należy. A pada na twarz coraz częściej. Kultywuję zasadę, że szkoda mu czasu na sen – przecież tylko można by w tym czasie załatwić. Marzy mu się świat, w którym nie trzeba by było spać. Zdaje sobie sprawę, że to płytkie, ale takie teraz ma priorytety.

Boi się śmierci. Boi się upływającego czasu. Jest to potworny, obezwładniający lęk, że tylko działanie jest w stanie go zagłuszyć. Wszystko by o tym nie myśleć. Tym usprawiedliwia swoje działania.

Najgorsze są noce, gdzie nie ma innej opcji i trzeba dać umysłowi wyhamować po napiętym dniu. Przed tymi 3-4 godzinami spędzonymi w łóżku leży i myśli… Myśli o tym co zrobił i co jest jeszcze do zrobienia. Denerwuje się, że nie ma na to wszystko czasu.
I płacze. Płacze, że ma dość, że już nie da rady tego ciągnąć dalej. Ma wszystkiego po dziurki w nosie i potrzebuje zmian. Jak Mela Koteluk mówi, że już czas wyhamować. Zdesperowany myśli, że już pora coś ze sobą zrobić, ale w końcu zasypia.

Godzina 5:45 nad ranem. Zadzwonił budzik. Michał zwiesza na moment swoje nogi z łóżka i prawie kryje w nich głowę.

Sięga po papierosa i odpala komputer. Tego co działo się przed snem zdaje się nie pamiętać.


Czy Michał jest prawdziwy, czy to tylko wymysł autora? A z resztą jakie to ma znaczenie… Każdy zna takiego kogoś. Bynajmniej nie jest to formą krytyki – bardziej wyciągnięcia ręki. Ba, może nawet ktoś z Was zobaczy w nim refleks siebie? To jest właśnie celem. Popatrzeć na siebie przez pryzmat Michała, z perspektywy trzeciej osoby. Możliwość chociaż chwilowej refleksji. Chociażby w formie memo nad biurkiem. Może akurat tego nie zignorujesz.

Tracimy życie, tracimy radość z tych rzeczy, które powinny ją przynosić. Sprowadzamy wszystko do wymiernych, mierzalnych korzyści i bez wyników nie odczuwamy satysfakcji. Szczególnie bez takich wyników, którymi możemy się podzielić. Pochwalić przed innymi. A warto być czasem dzieckiem. Warto być czasem pozytywnie małostkowym. Czerpać radość z rzeczy małych. Serio.

Z hasłem brzmiący w tym artykule kojarzy mi się pewna piosenka, która i mnie dosięgnęła za gnojka. W zespole kiedyś byłem zakochany na zabój, ale de facto była to młodzieńcza fascynacja. Teraz nawet za bardzo nie mogę sobie tego posłuchać bez śmiania się z siebie samego. Ale przytaczając sam tekst:

Dokąd tak biegniesz?
Przecież wiesz, że przed sobą nie uciekniesz, nie.
Wyciągnij rękę,
Może wreszcie dostaniesz to co dobre i piękne.

Nie jest on aż tak płytki jakby się z pozoru zdawało, prawda? Zwolnij, rozejrzyj się. Znajdź w sobie trochę człowieka. Chociaż od czasu, do czasu.

Mam deadline.

Obecnie każdy ma jakiś deadline. Boże, jak popularnym słowem stało się to słowo. Angielski termin na cezurę czy granicę określoną w czasie, której trzeba sprostać z wyznaczonym zadaniem. Typowo korpożargon, popularny także w pracy w mediach, który jakimś cudem przedarł się do naszej codzienności. Używa go prawie każdy, świadom tego mniej lub bardziej.

Słowem idącym zazwyczaj w parze z naszym terminem jest prokrastynacja. W zasadzie można powiedzieć, że deadline jest w wielu wypadkach jej nieświadomym wynikiem, ale też swoistą receptą na jej przypadłość.  Chyba każdy z nas zna tą potrzebę odwlekania w czasie zadań które są osadzone w mniej lub bardziej odległej przyszłości. No i to właśnie to. Jak to kiedyś przeczytałem:

Kto nigdy nie pisał pracy na dzień przed terminem, niech pierwszy rzuci kamień!

Wiadomo, że rzeczy które są dla nas ważne, nie zostawiamy na „chwilę przed” terminem. Inaczej działa motywacja do działania, gdy jesteśmy w nie mocno zaangażowani. Jeśli jednak przywiązujemy do tego mniejszą wagę, to naturalnie bardziej nas kusi do tego, żeby to olać, bo przecież się nie pali (o zgrozo, najgorsza sentencja). Zawsze wtedy padają nigdy nie nudzące się hasła, jak „mam jeszcze czas”, „dam radę”, „jakoś to ogarnę” i tym zwrotom podobne.

Niestety musi nadejść ten moment olśnienia, gdzie z perlącym się potem na czole uświadamiamy sobie przerażający fakt – „Kurwa mać, mam to zrobić na jutro?” W tym momencie deadline (co prawda, który wynikł przez niefrasobliwość) nie jest czymś złym. Wręcz przeciwnie. Jest ostatnią deską ratunku,  motywacyjnym kopniakiem w leniwe dupsko, sprawiającym że możemy dokonać o wiele więcej niż bylibyśmy z siebie normalnie wykrzesać.

Prawda jest taka, że to co tworzymy w presji czasu niesie bardzo duże znamiona tego, że może okazać się totalną klapą. Ze względu na pośpiech nie mamy czasu na przeanalizowanie swojego dzieła po fakcie, czymkolwiek by to nie było, czymkolwiek byśmy się nie parali. Takie są konsekwencje robienia rzeczy na szybko. Nasze standardy znacząco się obniżają. No i oczywiście istnieje możliwość, że nasze wewnętrzne zdolności auto-motywacyjne nie będą wystarczające by sprostać presji czasu? I co wtedy? Chuj bombki strzelił, choinki nie będzie. Zapychamy sobie czas na czynności związane z rozwiązaniem problemu, czy sprostaniu jego konsekwencji. Przez swoje olewactwo pakujemy się  w jeszcze większe bagno i koło się zamyka.

Jasne, lepiej by było nie tworzyć takich sytuacji.

Ale czy faktycznie to tylko przez nas, czy w zasadzie to życie motywuje nas do takiego zachowania?

Chaos myślowy, zbyt dużo wyborów

Kiedyś było łatwiej. Czy lepiej? Cholera, można by polemizować. Utarł się pewien schemat, gdzie wszystko było jasne, wobec Ciebie i jakiej roli w społecznej jesteś oczekiwany się znaleźć było całkiem jasne. Ania ma 21 lat i jeszcze sama? Przecież to już najwyższy czas na męża! Dzieci! Ludzie ogólnie stosowali się do tych standardów i czuli się dobrze. Czuli się tak, bo nie wiedzieli, że może być inaczej. Może i lepiej, że nie wiedzieli. Jak to mają zapisane w swojej literaturze chamerykanie: „Ignorance is bliss”, lub inaczej to ujmując:

„A ci, którzy tańczyli, zostali uznani za szalonych przez tych, którzy nie słyszeli muzyki.”
— Friedrich Nietzsche

Teraz w markecie 200 rodzajów jogurtów – te to są na dobre trawienie, te mają kultury bakterii, te dla mężczyzn, te dla kobiet, te dla dzieci, te dla starszych, te ze szczęśliwych krówek, te całkowicie beztłuszczowe. Chyba tylko jeszcze takich na sraczkę nie widziałem. I weź tu bądź człowieku mądry.

Ten sam rozwój  zgubnej wolności widzimy w naszych życiowych decyzjach. Praca, kariera, a może miłość, rodzina, ślub, dzieci, a może tylko seks, koks, chlanie i osowiałe poranki.

Możemy mieć to wszystko. Przynajmniej to nam się wpaja w głowy od małego. Największy dar i największy kurwa błąd.

I myśl ta uparta lata nam wokół głowy jak mucha za smrodem przez całe życie, zatruwając każdy dzień. Każdy marzy o cieple w domu i ogniu na mieście. Romansu na miarę Tytanica, ale w piątki po kilku za darmo nie przeszkadza to, by klęknąć na chwilę. I nasze niezdecydowanie czego chcemy od życia paraliżuje nas w działaniach. Psycholog Barry Schwartz  w jednym ze swoich wykładów z TED atakuje główną doktrynę zachodnich społeczeństw: wolność wyboru. I słusznie. Swoją drogą polecam.

Prokrastynacja. Stąd właśnie się rodzi. Boimy się decyzji. Boimy się zmian. Jest tyle rzeczy do wybrania i zadecydowania, że czujemy ogień na dłoniach gdy chociażby spróbujemy. No i chowamy się w nasz ciepły kącik, zamykając oczy. Może wielki strach co ma duże oczy sam sobie pójdzie jeśli będziemy wystarczająco cicho?

Prawie nigdy nigdzie nie pójdzie. Będzie stał tam gdzie stał i czekał na nas z uporem maniaka.

Ale warto pamiętać – decyzja jaka by nie była, warto jest ją podjąć. Możemy sobie wtedy dumnie powiedzieć, że jest nasza, tylko nasza i nikt inny nie zrobił tego za nas. Trudny jest tylko ten pierwszy krok. A, że jesteśmy ludźmi, to zdarzy nam się popełniać błędy – nie warto się nimi przejmować. Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni.

Homo sum; humani nihil a me alienum puto.
/Jestem człowiekiem; nic, co ludzkie, nie jest mi obce./
-Terencjusz

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Za czym tak biegniemy?

  1. sa niezliczone sposoby zmieniania percepcji czasu , mechaniczne bo inaczej sie już nie da , za późno, już nie ten wiek.Wiek- mieszkałam w Warszawie i nigdy sie nie spieszyłam , nie uległam , jakby miasto nie wchłoneło , albo nie dałam się wchłonąć-do tej pory widok pędzących luudzi hahahha, teraz gdziekolwiek widzę pędzących sama do siebie się uśmiecham, nie dziwie się w ogóle
    że śmieją się z nich z innych miast , w filmach , kabaretach ….Mam to samo
    ale wracając są niezliczone sposoby zamiany percepcji czasu i które z powodzeniem są wykorzystywane.Odcina się ludzie albo uwagę od faktycznego czasu usuwając zegary. Sklepy oraz restauracje już opanowały tę sztukę.
    Dla właścicieli sklepów, zwykłe częstowanie kawą i usunięcie zegarów ze ścian może uczynić wielką różnicę w tym,jak bardzo zadowalającą będzie dla ich klientów dana wizyta.

    miało być o czym innym ale ….zawsze tak mam hahahhah
    Pozdrawiam 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s