Jest taki samotny dom

Był sobie chłopak. Bogate życie, pełne uniesień, pełne różnorakich pomysłów na siebie. Gdzieś pomiędzy wierszami znalazł na siebie metodę, znalazł swoje miejsce na ziemi. Starsze dziecko w dobrze ułożonej rodzinie. Z tego względu ścieżki, którymi podążał zawsze były nieprzetarte. Czy sprawiało mu to trudność? O cholera, i to jaką. Poczucie sukcesu naznaczonego, napiętnowanego w każdym detalu swoją ciężką pracą, uporem i samozaparciem – czy może być coś lepszego?

Chłopak dzięki staraniom dostał się na angaż w firmie we Włoszech w swoim zawodzie. Największy sukces jakiego dane mu było doświadczyć. Pobiegł przed siebie w pogoni za marzeniami, planami dla siebie, lepszą przyszłością. Lecz jak to bywa z tymi co potrafią szybko biegać, pozostawił wiele za sobą, daleko w peletonie.

Kobietę, która została w Polsce czekając na każde słowo, przytulając się do każdego zdjęcia, traktując jak miód dla duszy każde słowo wypływające ze słuchawki i ubóstwiając każdy piksel na ekranie z jej lubym. Kto wie, może tą jedyną, wiele razy się nad tym zastanawiał, może pora już jej to powiedzieć? Poprosić by została na zawsze. Na dobre i na złe – w zdrowiu i w chorobie. Nie dane mu było tego nigdy wypowiedzieć.

Rozdzielił się ze znajomymi, tymi rozsianymi po całym kraju. Ba, po całym globie. Koniec końców już wiele duszyczek potrafił przekonać do swojej dobroci. Nawet siebie nie potrafił oszukiwać w tym względzie – był dobrym człowiekiem. Jednym z tych, których mimo ciętego języka i jednoznacznego zdania po prostu nie dało się nie lubić.

Zostawił w tyle także swoją rodzinę. Oni z resztą może najłatwiej spośród wszystkich to przyjęli. Stety lub niestety, nie od dzisiaj prowadził już swoje życie, odwiedzając coraz rzadziej. Coraz większe warstwy kurzu zbierały się na jego biurku w rodzinnym domu, które dzielnie sprzątała jego matka, lub młodszy brat czekając z utęsknieniem na jego powrót. Chcieli być gotowi, bo lubił wpadać niespodziewanie. Lubił widzieć to uczucie niezmierzonego zaskoczenia i przeogromnego szczęścia za razem. Uwielbiał sprawiać radość i czynić dobro. Wiedział, że tęsknią, co z resztą jego też dotyczyło, więc kiedy mógł oddawał im się całym serduchem. Zmieniał swoje zabiegane życie na prace domowe i obijanie sie w domowych pieleszach. Było dobrze, był spokój.

Jeden z powrotów do kraju miał być szczególny, mimo że w zasadzie prawie taki jak zawsze. Odwiedziny znajomych tutaj, odwiedziny znajomych tam, w końcu miał swoją ukochaną w ramionach. Uczucia aż się wylewały z niego z powodu tęsknoty. Był to okres świąteczny i nie wyobrażał sobie nie spędzić Bożego Narodzenia ze swoimi najbliższymi. Rodzicami, którzy byli tak cholernie z niego dumni na każdym kroku i dziękowali Bogu, że mają takiego wspaniałego syna. Rodzicami, którzy serce i duszę oddali by mu na tacy tylko po to, aby było mu lepiej. Lekko głupkowatym z pozoru braciszkiem, do którego miał duży szacunek i chciał by miał dobre życie. Chciał mu być ramieniem gdy tylko mógł – ciężko jest to zrobić jeśli jest się tak daleko, ale gdy tylko tego potrzebował, to był tam dla niego. Młody patrzył w niego jak w obrazek, bo był symbolem sukcesu i tego, że jeśli mocno się starasz, to że wszystko jest możliwe. Wiedział, że mimo 9 lat różnicy między nimi jest on jedyną mu pokrewną duszą, która wszystko wie, która wszystko rozumie – czasami nawet bez słów. Z pozoru, z zewnątrz różni jak noc i dzień. W środku jednak serce grało w tym samym rytmie.

Jeden z powrotów do kraju miał być szczególny. Jest zimowa pora, śniegu po kostki i całkiem przyjemny mrozik. Pogoda dla jego przyzwyczajonego do Włoskich warunków ciała co najmniej zaskakująca. Jednak nie to było ważne. Gwoli rozwinięcia historii uwielbiał pływać kajakiem. Był w klubie, z którego nie wystąpił nawet po relokacji za granicę. Odwiedzał go równie często, a może częściej niż rodzinę. Szukał przygody. Słyszał o tym wiele razy. Kajak jako sanki – kajosanki? Boże, jakie to musi być świetne. Podobno nawet całkiem bezpieczne. Więc spróbował. Zjazd, radość, poślizg, strach, krzyk i… drzewo. Nie, nic nie boli. A może jednak trochę… O kurwa jak boli. Znowu strach. Szpital, ból, operacja, jest lepiej, znów ból, znów operacja. Zna się na medycynie, wie że jest niedobrze, ale mimo wszystko uspokaja młodszego brata. On nie zasługuje na ten strach, który jest mu dane nieść. Kolejna operacja, komplikacje, śpiączka, operacja, chwila jasności,, śpiączka, sepsa, zapaść, koniec.

Jeden z powrotów do kraju miał być szczególny – okazało się, że to jego ostatni.

Jest 5 lat później. Prawie 6. Teraz młodszy brat wylewa łzy, gdy nikt nie patrzy. Nie chce ludzi angażować w ciężar, który jest mu dane nieść. Już nie jest tym głupkowatym, roześmianym chłopaczkiem cieszącym się życiem. Ma 22 lata i sam już co nieco przeżył. Wczoraj był na cmentarzu wieczorem, po ciemku by porozmawiać z braciszkiem i poprosić go o otuchę w ciężkim dla niego okresie. Czuł się lepiej, nawet mówiąc to w powietrze i wierząc, że on go gdzieś tam słucha i szepnie co trzeba do odpowiedniej osoby. Dzisiaj na cmentarzu msza. Ale nie chce tam iść, bo źle się z tym czuje. Od dawna mocno odsunął się od Kościoła, chociaż powtarza sobie, że wierzy. Gardzi konwenansami i nie obchodzi go „co ludzie powiedzą”. Nie może uwierzyć, że matka nie potrafi go zrozumieć i krzywo na niego patrzy. Czy robi coś złego przeżywając to na swój sposób? Jest zły na nią, ale koniec końców ona też nie ma łatwo, a bardzo ją kocha. Dlatego jej wybacza i rozumie. Chciałby tylko by było to obustronne, a tego wcale nie jest taki pewien.

Życie dało mu ekspresowy kurs z dorastania i weryfikacji swoich oczekiwań wobec niego. Wycofał się trochę ze świata, zaczął bardziej bać się ludzi. Dobrze, że miał się na kim wesprzeć w najgorszym czasie, bo mogłoby się to skończyć różnie. Już tysięczny raz w swojej głowie studiuje scenariusze zaczynające się od „co by było gdyby…”. Ale tego nigdy się nie dowie, taka kolej rzeczy. Nie przeszkadza mu to jednak myśleć, snuć planów, robić sobie w swojej głowie alternatywnej rzeczywistości. Swojego, o wiele lepszego świata niż to szambo na zewnątrz. Ciągle tysiące, czasem zbyt natrętnych myśli w głowie. Kiedys natknął się na definicję pewnego słowa, które nie ma nawet polskiego odpowiednika:

Overthinking – to think about something too much or for too long

Czy to jego przypadłość? O tym już innym razem sobie pomyśli, bo teraz głowa jest już pełna.

Pierwszy, wprowadzający, lekko długawy wpis. Pierwszy listopada, Wszystkich Świętych, dzień dobry wszystkim… Kurwa mać, chyba jednak niezbyt dobry… Do dna.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s